|
Archiwum
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
...A TO POLPO WŁAŚNIE!
BEAUX ARTS
INNE BLOGI
KOMIKSY
MES VISITEURS
SONDA!
What Monty Python Sketch Character are you?
![]() You are the Minister of Silly Walks Take this quiz!
Quizilla |
Join
| Make A Quiz | More Quizzes | Grab Code
|
poniedziałek, 01 czerwca 2009
A Kingdom For Some Force...
Schlagworty
na dzień dzisiejszy: "w sennym widzie" oraz "postęp geometryczny". Mam
całkiem uzasadnione wrażenie, że wszędzie, gdzie się pojawię,
grawitacja się zwiększa, przez co czas płynie potwornie szybko. Kolejna
refleksja jest taka, że no dobra, w sumie lepiej mieć megamasę pracy,
niż wariować z nudów i nie dojadać z braku środków, ale ustalmy:
wszystko ma swoje granice. Tutaj trasa, tam koncerty w Budapeszcie
(+bonus w postaci dwóch nocy zarwanych na tłumaczeniu opery), potem
teledysk, potem festiwal we Francji i oszukiwanie się, że to przecież w
sumie takie trochę wakacje, tylko że trzeba coś tam zrobić między
cydrem, tokajem a rybą ze smażalni (ta, mhm). I wszystkiego jest coraz
więcej i coraz szybciej a siły i kilogramów coraz mniej. Tymczasem
dziś w nocy znów jadę do Krakowa i mam nadzieję, że z Bożą pomocą uda mi się
znaleźć trochę czasu na spleen.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Vie en Vertige
Już
w lutym wiedziałam, że potrzebuję urlopu, a jak na razie w ogóle
się na to nie zanosi. Jedynym wydarzeniem najbliższym urlopowi był
wyjazd w trasę, a ustalmy – przy Danielu z jego niespożytymi
pokładami energii i niesamowitym Batmobilem leżenie plackiem na
plaży nie wchodzi w rachubę, więc prowadziliśmy życie birbantów,
rozbijaliśmy się po niemieckich kurortach, prawie zatruliśmy się
jodem i nabawiliśmy zakwasów od biegania po schodach latarni
morskich, koncerty traktując jako dodatek. Może z wyjątkiem tego w
Świnoujściu, po którym podeszło do mnie dwóch
marynarzy, żądając autografów na własnych ciałach. Jeden
dostał na klacie, a drugi na bicepsie (na którym już miał
wytatuowanego węża owijającego się wokół sztyletu) i jak
skończyłam pisać, powiedział: „Jutro przyjdzie koleś i mi to
wydziara”. Moje wnuki mi nie uwierzą. Teraz dla odmiany siedzę w Krakowie i robię muzykę do teatru, w przerwach nadrabiając translacyjne zaległości. Mieszkam sobie na Kazimierzu w gigantycznym apartamencie, do którego żeby się dostać muszę przejść przez labirynt podwórek. Na ostatnich drzwiach wisi kartka: „Prosimy zamykać drzwi – królik na podwórku. Dziękujemy”, a biorąc pod uwagę to, co ktoś dopisał ołówkiem: „Prosimy zamykać drzwi – królik na podwórku. Pożre tych, co nie zamykają. Dziękujemy ostrzegając”. Królik ma na imię Horacy. ***
No więc skoro po dwóch latach spędzonych pod jednym dachem z Rhodesem wreszcie przestałam bać się grać, gram strasznie dużo (bycie połową songwriterskiego mózgu Frozena zobowiązuje). Efekt uboczny: bicepsy, tricepsy i zdarty czerwony lakier na paznokciach (bez śladów kogoś obcego). Vide zdjęcie.
sobota, 28 lutego 2009
Faut que je rêve, mais je crève
Translation vertigo continues. I've been trying to figure out when it started and the only answer that springs to mind is: before the beginning of time. I can't recall having more than one week off from struggling with my mind, sleepless and (social)lifeless, and torturing my wits (which turns out to be quite pleasant, as long as I do not even try to conceal my sado-masochistic proclivities). Anyway, the side effect of my intellectual antics is that now I am an expert (self-proclaimed, naturally) in many surprising fields, such as operatic language, the bathos of which never ceases to amuse and amaze me: And lo, before the sun rises and bathes these moors with blood, my triumphant sabre shall pierce your treacherous heart! or: Creek, ye black hinges of the hellish doors! I also pride myself in having mastered the most perverse art of Canadian, religion-derived vulgarisms. Choose any word that is vaguely connected with Christendom and there you go: you're being naughty! As in my case night is the only reasonable time to work, my diurnal rhythm has become heavily syncopated: I go out only when I run out of food and/or fags, always at no
man's time, when snow is radiant with azure rays that clash with the
artificial-orange glow of lamplights. To make amends for my torments
I abuse the eyes of decent people with my gigantic glam fur and the
appearance of a constantly partying dandy (a pack of Djarrums and a
bottle of kefir, or maybe two, on second thoughts, two packs and two
bottles, that is). They call it repulsive flamboyance, I call it the
insanity of an overworked translator. Loads of things
happen in the meantime, of course. For example the first polpo-tour,
during which I found myself on the verge of becoming an axe-wielding
homicidal maniac, as we had yet another in-band falling out. During
such cut'n'thrust discussions my inner Zen master at first bangs his
head against the wall and then, having abandoned the most alluring
visions of bloody carnage, he invariably manages to hush the
ridiculous tantrums of my adorable bandmate. I keep satisfaction,
moral and intellectual superiority and anecdotal value as my sweet
reward. What a shame that
all the members of my other band are too nice to inflict terror on
them without pangs of conscience. But you can't have it all. Or can
you. And then comes a
rather unfortunate nexus: the aforementioned artbreak and translation
overload, an unexpected crisis of faith in my auto-healing abilities,
with mc's advent as a coup de grace to finish me off. As a result, my infamous eye-disease is back, its superpowers outstripping mine and forcing me to indulge in such dubious pleasures as multiple injections square in the eyeball: jaded intellectuals think of The Andalusian Dog, the others just go squeamish. This way or the other, again it's only the anecdotal value that can save me.
środa, 31 grudnia 2008
Plaisirs de Procrastination
Ze względu na ryzyko niebezpiecznej dwubiegunowości nie będę robić rocznego bilansu (srilansu dupilansu, jak powiedziałby Wilq) - i tak wiadomo, że tak naprawdę liczy się tylko kalendarz Majów, a dzień Czerwonego Magnetycznego Smoka był w listopadzie, więc już po herbacie. *** W myśl zasady, że proscrastinators are the leaders of tomorrow, jak tylko mogę odwlekam moment zabrania się do zaległego tłumaczenia (nawet już M się ze mnie śmieje i nazywa dandysem na wiecznych wakacjach, bo pamięta, jak robiłam research jeszcze w Brighton, ale jakoś mnie to nie mobilizuje) i zabijam czas zgłębiając tajniki popkultury (to wersja oficjalna, wersja nieoficjalna: niemożliwie się obijając). Tak oto obok twórców Wilqa Superbohatera (którzy dostarczyli mi życiowego motto: "Jeśli chcesz grać w piłkę, musisz myśleć jak piłka") miejsce w panteonie mistrzów zajął ZF Skurcz: za niewiarygodne ilości sztucznej krwi, eskalację superłotrów od Tytanowego Janusza przez Molibdenowego Mateusza i Betonowego Łukasza do Akrobatycznego Daniela, za scenę, w której plastikowa sarna pożera mołdawskiego potwora oraz za fiński cover piosenki "Moskau" zespołu Czyngis Chan (tu podwójny wink do Popstera). O: A "Dżudo Honor 7" widziałeś? M: No. A weź znajdź "Kung Fu Tygrysa". O: Nie ma. Jest tylko "Kung Fu Pantera" albo "Karate Puma". Obrazu degrengolady (takie słowo-wytrych ostatnio, no no no) dopełnia nieograniczony dostęp do zbiorów literatury kryminalnej mieszczący się w domu mojej mamy - komisarz Brunetti wygrywa z Chomskym jak Wściekły Wąż z Żeliwną Pięścią. A tłumaczenie jak czekało tak czeka. Może skruszeje. *** Z cyklu: Freudowskie pomyłki. Kupiłam sobie na święta herbatę "Choinkowa Słodycz". Co czytam? "Chanukowa Słodycz". Dziękuję za uwagę i mazel tow.
niedziela, 30 listopada 2008
Paresse Perpetuelle
![]() Kapitan Zagłada wkroczył do akcji: lekki, ale nieprzyjemny rzut choroby kesonowej. Operacji "Chaos" ciąg dalszy. Zima wzięła i zmroziła mi masę rzeczy. Jestem o krok od napisania manifestu cynika-hedonisty, na szczęście moralność czuwa i nie pozwala na tak ekstrawaganckie wybryki. O kraju białych klifów i fasolki na toście myślę w czasie przeszłym, o niektórych jego aspektach nawet w zaprzeszłym. Reaklimatyzacja przyszła mi zdumiewająco łatwo, chociaż wciąż cudem unikam rozjechania przez samochody nadjeżdżające nie z tej strony co trzeba i trochę tęsknię za morzem, za hordami pięknych ludzi i za bachorkami w mundurkach. W jakiś tam sposób brakuje mi robienia researchu do tłumaczenia (komiks o Chomskym za 3 funty made my day and then saved the day) przy dobiegających z drugiego pokoju dźwiękach basu o wyglądzie ryby-piły. Za to już w samolocie spadła na mnie dość przykra świadomość, ile roboty mnie czeka, jak wrócę, a jadąc z lotniska autobusem 175 dowiedziałam się, że MC przyjeżdża i zostaje na 2 tygodnie, co oznacza spektakularną rozwałkę mojego komfortu pracy, dezintegrację życia etc. Czując ten gwóźdź dość boleśnie wbijający się w moją trumnę, postanowiłam, że wobec tego co jak co, ale odsypiam i zabieram się tłumaczenia i do nagrywania. Jak się łatwo domyślić, zrealizowałam tylko pierwszą część planu i wyspana poszłam na spotkanie sztabu kryzysowego do Złotych Tarasów, a potem zadzwonił Chłopiec z Pękniętym Płucem, że gra w Hydrozagadce i potrzebuje, żeby ktoś go tam bronił przed dybiącymi na jego niewinność gejami. Ci, którzy mnie znają, dobrze wiedzą, że nigdy się nie migam od stania na straży bezpieczeństwa bezbronnych efebów. Przy okazji zdobyłam pierwsze dj-skie szlify wybierając najbardziej obciachowe hity 80's & 90's, pijąc gin z tonikiem na koszt zakładu i odprawiając natrętnych dekadentów proszących o piosenki wykraczające poza granice tolerancji obciachu CzPP i moje. No taka inauguracja inauguracja sezonu muzyczno-translacyjno-rave'owej harówki, no. Opisane wyżej doświadczenia sprowokowały mnie do skompilowania listy najbardziej absurdalnych przeżyć muzycznych ostatnich miesięcy. Otóż: 1. Daniel grający na rhodesie Marsza Tureckiego pod moim własnym dachem. 2. M grający na sitarze (obojętnie co) na swojej wiejskiej posesji. 3. Chłopiec z Pękniętym Płucem udający Stachurskyego o 3 w nocy na Pradze. Skoro mowa o absurdalnych przeżyciach muzycznych, to uwaga. Niemożliwe, a jednak: istnieje teledysk jeszcze głupszy od House of Fun.
sobota, 08 listopada 2008
Albion über Alles
Od tygodnia jestem na brytyjskich wakacjach, zapowiedzianych przez proroków. Siedzę u M w Brighton, w domu z widokiem na morze (vide zdjęcie). Narkotyzuję się akcentem. Zajadam kidney pie i rybę z frytkami. Chodząc po białych klifach (z odkrytą głową i w sztybletach na obcasie, w końcu dandys zawsze pozostanie dandysem) czuję się jak Patrick Wolf i Caspar David Friedrich w jednym. Wydaję nieprzyzwoite sumy pieniędzy (przez AusterePopstera, który niefrasobliwie mnie poinformował, że jest tu masa sklepów z tanimi książkami, może i rzeczywiście tanimi, ale jak się kupuje pięć, a nie dwadzieścia pięć). Mieszkamy w najbardziej spedalonej dzielnicy, więc podziwiam przechadzających się pięknych transwestytów. Łapię oddech od Polskich upiorów. Zresztą ilekroć przyjeżdżam do Anglii, obrzydliwie brytyjska połowa mojej duszy domaga się, żebym już tu została. Co robić, England made me.
środa, 29 października 2008
Surmenée & Suffoquée
*** Z cyklu:
perły seriali o pogromcach wampirów (skoro już mowa o nocnych lękach). „-Chętnie ci pomożemy zabić te wampiry. -Sorry, pracuję sam. Ale wiecie co? W okolicy pojawiła się chupacabra”.
środa, 08 października 2008
Bi-polar & Bonkers
Z ostatniej rozmowy z moim boskim, perwersyjnym Bratem wypłynął tylko jeden, ale jakże istotny morał: otóż kiedy mam się wyszumieć, jak nie teraz? W takim układzie pozostaje tylko dwubiegunowy tryb życia: długie tygodnie translacyjnego wypruwania sobie żył, potem kilka dni obłędnego imprezowego wiru. O ile to pierwsze już zostało wielokrotnie opisane, przeanalizowane, przeżute i przetrawione, to to drugie dopada mnie niespodziewaną świeżością. Jednak nic tak dobrze nie robi jak lans, szaleństwo i egoboost. Bo po tak długim czasie intensywnego wysiłku intelektualnego wolę wracać do domu o 7 rano niż kończyć o tej porze pracę. Bo od analogowego szukania cytatów w Biblii wolę wznieść w bramie toast żurawinówką za wyższe wykształcenie. Bo zamiast chudnąć żywiąc się redbullem i kanapkami z pasztetem wolę chudnąć szalejąc na parkiecie w doborowym towarzystwie. Bo zamiast pogrążać się w abnegacji wolę rozważać opcję wyzwania na pojedynek kolegi, który ubrał się tak samo jak ja. Wreszcie, bo zamiast musieć słuchać głosu rozsądku, który mówi: "Idź do kompa i zabierz się do pracy" wolę móc posłuchać znajomych, którzy mówią: "Nie idź, bez ciebie nie ma imprezy". Oczywiście, jak się łatwo domyślić, to wszystko razem wzięte doprowadziło do kilku volt, które dość poważnie skomplikowały mi życie. Chociażby zgrywanie twardziela (na zasadzie "Stary, no co ty, nie jest mi zimno, nie wracam po kurtkę, idziemy do nocnego") zaowocowało zapaleniem oskrzeli, a tu nagle dostałam kolejny film plus trzeba było zagrać koncert. Inne volty można podsumować krótko: "Operacja Chaos". I nie mówmy o tym więcej. *** Z cyklu: sny tłumacza. Otóż śniły mi się dzisiaj (oprócz innych dziwacznych przedmiotów, których nie pamiętam) papierosy dla niewidomych. Chodziło o to, że w jednej paczce były mocne mentolowe i słabe ze słodkim tytoniem i taki niewidomy nie wiedział, jakiego papierosa wyciąga, dopóki się nie zaciągnął. Ciekawe, co na to Freud. *** Tymczasem Adam Ant wciąż na pierwszym miejscu wśród bohaterów życia codziennego. I jak zwykle nie do pobicia, bez względu na to, jak absurdalną piosenkę śpiewa:
piątek, 26 września 2008
Fatigue, Folie & Férocité
Wakacje szlag trafił, lato w mieście szlag trafił, pogodę szlag trafił, a na łeb spadł mi nawał pracy w postaci jakże znajomego 16-tonowego odważnika. Morale jednak trzyma się fantastycznie (i nie ma innego wyboru, z zabawkowym pistoletem-linijką przystawionym do głowy).Gros wspomnianego nawału pracy stanowiło tłumaczenie dość sporych rozmiarów (czytaj: książka). Od momentu, kiedy dostałam od wydawcy smsa, że mogę już zacząć (sms przyszedł nota bene w samym środku wiejskiej idylli, którą prawie mu się udało zepsuć, gdyby nie to, że idylla dysponowała imponującym arsenałem kontrargumentów) do momentu utworzenia nowego dokumentu w Wordzie minęły trzy dni. Natomiast od momentu utworzenia nowego dokumentu w Wordzie do momentu przetłumaczenia pierwszego słowa minęło kilka godzin, bo zgubiłam w domu książkę, którą tłumaczę, a potem nagle się okazało, że muszę w trybie natychmiastowym napisać do masy osób, posilić się przed wysiłkiem intelektualnym, posprzątać dom a poza tym w telewizji leciał Doktor House. Od momentu przetłumaczenia pierwszego słowa do momentu rozpoczęcia prawdziwej pracy... Kiedy wciąż brnęłam przez dość koszmarny wstęp, dostałam od wydawcy kolejnego smsa, że inne wydawnictwo nas ubiegło z prawami do tłumaczenia. Kurwa mać, myślę sobie, cały biznesplan wziął w łeb. Godzinę później dzwonią z festiwalu filmowego, że potrzebują tłumacza. Well, I’m your man, mówię im. Na pierwszy ogień poszedł film o Lutrze: Kiedy więc siedziałem w wychodku, zdawało mi się, że pode mną się usadowił wielki szczur: ciężki, mokry, niosący zarazę szczur, w każdej chwili gotów wbić swoje śmiercionośne zęby w moje pośladki. Siedziałem, zmagając się z bólem i z zawiłościami Pisma Świętego, aż nagle oświeciły mnie te słowa: „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie”. W tej samej chwili ból ustąpił, szczur zniknął a ja zrozumiałem, że jak do tej pory marnowałem życie. Potem, ku mojej radości, pani szefowa powiedziała, że mi da francuski musical z Audrey Tautou. Jednak kiedy się okazało, że średnia liczba gier słownych wynosi pięć na stronę, a piosenek jest pięć razy tyle, co mi się wydawało, wszystkie są megadługie i w dodatku rymowane (skandal), to radość ustąpiła miejsca histerii, a histeria po tygodniu pracy (przy chlebie z pasztetem stanowiącym podstawę menu) ustąpiła miejsca psychotycznej częstochowskiej orgii: Gdy przez dziurkę spojrzysz sobie, /wnet się niejednego dowiesz! /Co przez dziurkę widzisz w drzwiach, /jest ciekawe, że aż strach! /Jeśli wszystko wiedzieć chcesz, /spójrz przez dziurkę – i już wiesz! W takiej sytuacji trudno się dziwić, że człowiek ani się obejrzy, a tu mija godzina strawiona na reveries na temat nadmorskich miejscowości, tatuaży na szyi, wolnych wieczorów, które nie nadejdą wcześniej niż za miesiąc, etc. Jednak do rozrywek najbardziej wyrafinowanych i niewątpliwie najbardziej perwersyjnych należą rozmowy z innymi tłumaczami. -Tłumaczę mockumentary z Tajwanu. -Mockumentary-srockumentary. Ja nie mogę się zabrać do filozoficznych artykułów. -Srilozoficznych srartykułów. Ja właśnie przeżyłam scenę, gdzie koleś najpierw płacze w kluski, a potem wyje w kluski. -Co?! "Brlmb brrlllmbb"? -"Mamo, dlaczego? Co się stało z moim życiem? Dlaczego? Dlaczego?" Nie ma jak refleksje po płakaniu w kluski. -Sranie w banie. -Na Srajwanie. I nieśmiertelny klasyk: -No jak tam, ile stron ci zostało? -Ty chamie! *** (Heroes of the day: Adam Ant, Bicycle Repairman oraz Internetowy Słownik Rymów.)
niedziela, 31 sierpnia 2008
Cité, Concerts & Chaleur
Kebaby, ach, kebaby, człek by was łyżkami jadł! Czyli lata w mieście ciąg dalszy. Morsko-leniwe plany wakacyjne wzięły w łeb i, nie licząc wyjazdów pracowych, nie pojechałam nigdzie. jedynym ersatzem prawdziwych wczasów był dzień powrotu z Offa, wypełniony spontanicznym zwiedzaniem zamków, które nam się napatoczyły po drodze i zakończony podziwianiem spektakularnej rekonstrukcji bitwy o zamek Olsztyn, z rycerzami, stylowym konferansjerem, hukiem armat i latającymi w powietrzu główkami kapusty (sic!). Sam festiwal okazał się z wielu powodów fantastyczny (zwłaszcza że Mysłowice to w końcu - pod względem werbalnym - moje miasto): las i parkowo-festynowy charakter skutecznie odstraszał stany schizoidalne; koncert graliśmy w budynku Muzeum Pożarnictwa, więc można go streścić jako polpoimprezę w remizie; kalosze kupione za 14,80 PLN w podczęstochowskiej Castoramie dawały poczucie absolutnej władzy nad bagnami, na których festiwal się odbywał; po ostatnim koncercie wprawdzie gdzieś zgubiliśmy Daniela, ale za to wkręciliśmy się na imprezę dla vipów (wróć, haha przecież byliśmy vipami), gdzie delektując się darmowym alkoholem brataliśmy się z zespołem, który nas zachwycił dwie godziny wcześniej, no cudowny wieczór. W stolicy już czekało nowe tłumaczenie (to ci niespodzianka), a w nim historia o honorowym architekcie, który zaprojektował budynek ze skrzydłami nie podpieranymi przez filary ani nic, i który po ukończeniu budowy wyszedł na koniec jednego ze skrzydeł z pistoletem w dłoni, gotów się zastrzelić, gdyby jego obliczenia okazały się błędne. And they dare to say that the age of romance is dead... Tymczasem kończę negocjacje nad kolejnym tłumaczeniem, i każdego dnia obiecuję sobie, że kiedy jak kiedy, ale jutro to już naprawdę pójdę naprawić rower. Tak czy siak abstrahując od drobnych błędów w matriksie, pierwszy raz od eonów mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest zajebiście. No więc: jest zajebiście. I tej wersji się trzymajmy. *** Z cyklu "Drzyzga by night": Piotr, 30 lat. Boi się liczby 53. |